BEZMUCHA

.działo się to dawno, dawno temu, a dokładnie przedwczoraj, w oddalonej o żabi skok od kałuży krainie Zawsze-Być-Może.

Panna Pasikonikówna, uczesana w kok i w swoich ulubionych kapciach ozdobionych mysim futerkiem, biegła właśnie do sąsiada, pana Trzmiela, pożyczyć szczyptę soli. Nie patrzyła pod nogi, bo ścieżka między dwoma domkami była zawsze, ale to zawsze-zawsze idealnie równa.

Wydeptała ją tak doskonale sama panna Pasikonikówna, chadzając-biegając często do pana Trzmiela, już to z powodu soli, już to z powodu cukru, cieknącego kranu, mocno zakręconego słoiczka z powidłami, igły, nici, przewidywanego deszczu i tysiąca innych ważnych przyczyn.

Na pewno jednak nie dlatego (co to ? to nie!), że pan Trzmiel był postawny, miał zawadiacko podkręcone do góry czułki, w soboty wywiązywał pod szyją fantazyjny fontaź w grochy i zawsze nosił wypastowane kamasze, a gdy buczał coś, z rzadka, swoim niskim głosem, to pannie Pasikonikównie szybciej biło serce.

Zaaferowana brakiem soli (bo to oznaczało niemożność posolenia!), panna Pasikonikówna biegła szybciutko i coraz szybciej ścieżynką wijącą się pośród traw. I na pewno nie biegła tak szybko dlatego (co to ? to nie!), że nie widziała pana Trzmiela od całych trzech kwadransów, kiedy to przelatując nad jej domkiem z siatką pełną zakupów, ukłonił się grzecznie, zdejmując z głowy kaszkiecik w kratkę.


Buch! BABACH! Brzdęk i Bum!

Kapcie ozdobione mysim futerkiem zsunęły się pannie Pasikonikównie ze stóp i poszybowały malowniczo w przestworza. Panna Pasikonikówna, leżąc w poprzek ścieżki zaplątana we własne rączki-nóżki, widziała jak jeden spadał powolutku z jej lewej, a drugi z prawej strony.

Fenomenalne to zjawisko oglądał także pan Trzmiel.
Pił właśnie kawę na ganku przed domem, czytając wydawaną przez panią Biedronkę gazetę "Wieści pełne treści", gdy niezwykłe o tej porze roku:
– Bum! Brzdęk! BABACH i Buch! sprawiły, że podniósł wzrok znad gazety. Widok wzlatujących i opadających kapci (mysie futerko rozbłysło w słońcu i zaraz zgasło) poruszył go do głębi, ponieważ rozpoznał urocze obuwie swojej sąsiadki!

Jednak to nie pan Trzmiel był pierwszy na miejscu zdarzenia. Prawdę mówiąc, gdy nadleciał, to ledwo znalazł miejsce do wylądowania! Tylu już wokół było ratowników (bardzo chętnych do pomocy, ale na razie tylko przestępujących z nóżki na łapki i drapiących się po głowach) oraz zwykłych w takich przypadkach gapiów, łącznie z panią Biedronką, która oparta o źdźbło trawy robiła szybkie notatki i szkic sytuacyjny.

Panna Pasikonikówna skąpana we łzach leżała na ścieżce i to jej zamotane, zasupłane, oplatające jedne drugie oraz ściskające trzecie czwarte nóżki-rączki, powodowały owo przestępowanie i po głowach się drapanie...

Pomysłów na rozsupłanie było mnóstwo, ale wszystkie ktoś chciał coś przeciąć, ktoś inny urwać, potem przyszyć; złamać; odgiąć; wyprostować; poluzować i na powrót dokręcić! powodowały, że panna Pasikonikówna szlochała coraz głośniej, a na jeziorku utworzonym z jej łez mogłaby już pływać łódeczka!

Pan Trzmiel, nie namyślając się długo, grzecznie, ale stanowczo, odsunął: pana Stonogę, pana Skorka, trzymającego pod pachą narzędzia do cięcio-gięcia (tak na wszelki wypadek), panią Skorkową wraz z trzynaściorgiem dzieci, pana Ryjówkę i kuzyna pana Ryjówki ze strony matki, panią Muchę, pannę Muszkę, pana Ślimaka z siatką na motyle i atlasem pod pachą, pana Stonkę, synka pani Gąsienicy żującego gumę (ona sama nadchodziła powoli, podpierając się parasolką), panią Czerwoną Mrówkę i pana Pająka wraz z rodziną, przybyłą tego ranka z drugiego końca łąki.

Tylko pani Biedronka nie stała mu na drodze, ponieważ wspięła się na listek, żeby lepiej widzieć.

Niczego tu się odcinać ani urywać nie będzie! pan Trzmiel, wypowiedziawszy najdłuższe zdanie w swoim życiu, schwycił zręcznie pannę Pasikonikównę i po dwóch minutkach lotu posadził ją delikatnie w fotelu, stojącym na ganku jego domku. Gdzie już po pierwszym łyku lipowej herbatki z miodem, zaparzonej przez gospodarza, panna Pasikonikówna sama się rozplątała!

A ponieważ do domu pana Trzmiela przyszli, przylecieli i przypełzli już wszyscy, którzy na ścieżce chcieli jej pomagać, to wspólnej radości, opowieściom i śmiechom nie było końca!

Pani Biedronka zaś, gdy ostatni z krewnych pana Pająka zniknął za zakrętem, zeszła szybciutko z listka i podniosła ze ścieżki, przez nikogo nie zauważone, troszkę w błotko wdeptane, nasionko dmuchawca, które położyła tam rano raniutko. Włożyła je do torebki, zachichotała wesoło i pomrukując Dobra robota, dobra, dobra... poleciała do redakcji mieszczącej się pod trzecim liściem leżącym pod dębem, licząc od lewej strony.

Po południu, gdy goście się rozeszli, wypiwszy uprzednio dzbanek kompotu z rabarbaru i zjadłszy ciastko z kremem do ostatniego okruszka, panna Pasikonikówna pomogła panu Trzmielowi posprzątać ze stołu, pozmywać i powycierać talerze, szklanki oraz sztućce.

Potem pan Trzmiel odprowadził pannę Pasikonikównę do domu. A gdy tak sobie szli niespiesznie, uśmiechając się do siebie i gwarząc o tym i owym (mówiła panna Pasikonikówna, a pan Trzmiel, zgadzając się z nią w stu procentach, dorzucał tylko od czasu do czasu I owszem!), to wszyscy, którzy ich widzieli, zacierali z radości niby-nóżki i gładzili szczęko-czółki (co tam kto miał), mrucząc znacząco:

No, no! Lub też Fiu, fiu!

A panna Pasikonikówna szła boso, szczęśliwa jak nigdy wcześniej, pod rękę z panem Trzmielem!

Poszukiwania kapci ozdobionych mysim futerkiem trwały przez cały następny tydzień. Ekipa poszukiwawcza oddelegowana z pobliskiego mrowiska, przy wsparciu zwiadu powietrznego z równie nieodległego ula, przeszukała całą łąkę w pobliżu upadku panny Pasikonikówny, zarówno po lewej, jak i po prawej stronie ścieżki. Zajrzano pod każdy kamyk, odsunięto każdy patyczek, odchylono każdy listek i nagięto każde źdźbło trawy!

Znaleziono kapelusz z kwiatka nasturcji, który wietrzyk zdmuchnął z głowy pannie Osie, szalik pana Komara (zwisający smętnie z gałązki jałowca od zeszłej zimy!) i jedno z dzieci pani Skorkowej kopiące dołek tam, gdzie nie wolno.

Znaleziono guzik od tużurka pana Kreta, zabrudzoną i wymiętą wizytówkę pana Zaskrońca, na której wciąż jeszcze można było odczytać "Pan Za k oniec", słoiczek po miodzie wylizany do czysta, kolorowy papierek po owocowych dropsach, wieczne pióro pana Sójki, czterolistną koniczynkę oraz szkiełko od okularów pana Pająka.

Znaleziono też dziwne coś, z jednego końca niebieskie i zastrugane, a z drugiego wcale, wyglądające jak Nie-Wiadomo-Co, czym zapewne było!


Jednej tylko rzeczy nie znaleziono kapcie ozdobione mysim futerkiem zniknęły bez śladu...

Ale to już zupełnie inna opowieść...





/tekst i ilustracje: Ewa Pazyna/